Cztery filary zadowolenia z pracy

Szperając w szpargałach trafiłem na swoje dawne zapiski. Większość mierna. Jeden ciekawy, godny przemyślenia, przytaczam w całości:

„Filary zadowolenia z pracy:

  1. Samodzielność – pracownik to nie maszyna. Maszyna nie potrzebuje samodzielności – cały czas otrzymuje dokładne polecenia; ale człowiek zaraz powie „daj mi spokojnie pracować”. Ludzie lubią mieć wpływ lub przynajmniej poczucie wpływu na to, co robią. Należy dać pracownikowi jakieś pole swobody, coś, o czym będzie samodzielnie decydować.
    Pytanie kontrolne: czy jest coś, o czym decydujesz w pracy?
  2. Pożyteczność – wykonywanie pracy, która nie jest pożyteczna, jest demotywujące i demoralizujące. Ale nie wolno tu mylić pracy pożytecznej ze „społecznie pożyteczną”! Pożyteczne może być przecież rozwiązywanie problemów, które są obojętne społecznie.
    Pytania kontrolne: czy to, co robisz, jest ważne?
  3. Jakość – pracownik powinien mieć poczucie dobrze wykonanej pracy. Praca byle jaka nie będzie źródłem zadowolenia.
    Pytanie kontrolne: czy to, co robisz, robisz dobrze?
  4. Wynagrodzenie – to nie tylko pieniądze i świadczenia pozapłacowe, ale też szacunek, prestiż, poczucie przynależności do określonej grupy zawodowej, a w idealnym przypadku duma z przynależności do danej firmy.
    Pytanie kontrolne: czy twoje wynagrodzenie jest adekwatne do pracy, którą wykonujesz?”

I to w zasadzie wszystko, co kilka lat temu miałem do powiedzenia na temat zadowolenia z pracy. Od tamtego czasu przekopałem się przez wiele tekstów poruszających to zagadnienie i jestem zaskoczony świeżością tej notatki. Mam wrażenie, że ta lista jest z jednej strony dostatecznie krótka, by nosić ją przy sobie w pamięci, a zarazem dostatecznie obszerna, by na jej podstawie ocenić (na szybko), czy nasza praca jest kiepska, czy jesteśmy po prostu malkontentami, których nic nie cieszy. Zachęcam więc do zmierzenia się z powyższymi pytaniami kontrolnymi i jeszcze jednym: czy jest coś, co możesz poprawić? A jeśli jesteś niezadowolona/niezadowolony, to dlaczego tak jest?

zamiast wstępu

Kiedyś mi się ulewało na papier. Niektórzy znajomi pewnie pamiętają. Na szczęście prywatnej korespondencji nie trzeba się publicznie wstydzić. Teraz, aby sklecić dwa zdania, które niosą ze sobą nieco więcej treści niż „Szanowny Panie, przesyłam projekt umowy…”, potrzebuję dobrego pretekstu i bardzo dużo czasu.

Wyniosłem to ze studiów. Ludzkość wytworzyła już tyle tekstu, że przeczytanie choćby niewielkiej części tego, co warto przeczytać, zajęłoby nam całe życie. Może dlatego najlepiej pamiętam krótkie lektury, np. Tractatus Wittgensteina, czy Kosmos Gombrowicza. Esencja, konkret, krótko i na temat. Najbardziej podobała mi się zawsze anegdota o seminarium Wittgensteina: ponoć filozofował ze studentami w milczeniu, a jak ktoś się odezwał, to był zaraz zrugany, że przeszkadza.

Niestety okazało się ostatnio, że przekaz ustny, który jest mi zdecydowanie bliższy, jako forma przekazu, nie wystarcza. Jest zbyt wielu odbiorców, którzy potrzebują naraz, teraz. Trudno. Piszę.